POZNAJMY ŚW. FRANCISZKA
Cz. 12. Stygmaty
Jest rok 1224. Przed dniem św. Michała Franciszek pragnął się wyciszyć i odbyć 40-dniowy post. Udał się więc na miejsce odosobnienia na górę La Verna. Wziął ze sobą sześciu wiernych towarzyszy, w tym brata Leona – kapłana i spowiednika. Po drodze byli oni świadkami cudu. Ponieważ Franciszek był osłabiony najęto przewodnika z osłem, na którym mógł jechać święty. Właściciel zwierzęcia bardzo skarżył się na upał i pragnienie. W tej sytuacji Franciszek kazał mu zatrzymać się i podejść do pobliskiej skały, z której natychmiast wytrysło źródło świeżej wody. Gdy dotarli na górę, zaraz przybyli wysłannicy właściciela tych ziem – hrabiego Orlando z licznymi darami i żywnością dla pustelników, ale Franciszek żył tylko o chlebie i wodzie. Pewnego dnia brat Leon był świadkiem rozmowy Franciszka z Bogiem. Franciszek był zatroskany o to co się stanie z wielką rodziną zakonną po jego śmierci. I pojawił się anioł z odpowiedzią: „Zakon trwać będzie aż do dnia Sądu. Liczni bowiem będą ci, co dochowają wierności Ewangelii Jezusa Chrystusa i Regule”.
Franciszek modlił się tak żarliwie, że często lewitował i prawie codziennie wpadał w ekstazę. Około święta Podwyższenia Krzyża (17 września), w aurze wielkiej światłości widocznej z daleka ukazał mu się Serafin z 6 skrzydłami – dwa były rozłożone, jakby przybite do krzyża, dwa gotowe do lotu, a dwoma było okryte jego ciało. Franciszek poczuł dotkliwy ból, a potem zauważył rany na rękach oraz nogach na podobieństwo ran Chrystusowych. Z rany na jego boku sączyła się krew. Tak spełniło się jego wielkie pragnienie by mieć udział w cierpieniu Jezusa.
Święty Franciszek został pierwszym stygmatykiem. Początkowo starał się ukrywać rany, uważając, że są one tajemnicą między nim a Bogiem. Brat Iluminat przekonał go jednak, że powinien się nią podzielić z innymi. Leon troskliwie opatrywał chore miejsca, a stygmaty miały to do siebie, że ani się nie goiły, ani nie zakażały.
Zakonnik wiedział, że czas jego ziemskiego życia się kończy. Pożegnał La Vernę wzruszającymi słowami: „Żegnaj mi boska góro, święta góro. (…) Zostań w pokoju. Ja cię już nigdy nie zobaczę”. Z wiernymi towarzyszami skierował się do San Sepolcro. Po okolicy wieść o stygmatach rozeszła się szybko i wszędzie Franciszek był witany owacyjnie. Czynił też wiele cudów: uzdrawiał dzieci, zabliźniał rany, wypędzał złe moce, uzdrawiał z trądu i epilepsji.
Gdy wrócił do Porcjunkuli zaczęli do niego przybywać liczni kardynałowie i biskupi, chcący potwierdzenia cudu stygmatów. Późniejszy papież Aleksander IV napisał, że widział święte stygmaty Franciszka za jego życia.
Na dwa lata przed śmiercią, mimo bólu przy chodzeniu Franciszek podejmuje jeszcze ciągłe wędrówki by wizytować klasztory i wygłaszać kazania. Jest już jednak bardzo schorowany i wyczerpany. Dokuczają mu rany stygmatyczne jak również malaria, atakująca wątrobę, której mógł nabawić się w Egipcie, a także choroba oczu, jaglica, przez co musi chronić się przed światłem. Próbowano różnych metod leczenia. Przez pewien czas mieszkał w pałacu w Rieti, gdzie leczył go papieski medyk. Bracia zawieźli go też do innego medyka, do Sieny, który leczył ziołami, ale nic nie pomagało. Wreszcie namówili go na drastyczny zabieg przyżegania, który został przeprowadzony w Fonte Colombo.
Franciszek ze spokojem i ufnością przyjął zbliżanie się rozpalonego narzędzia do twarzy, nazywając je ‘bratem ogniem’ i twierdził, że z łatwością zniósł okropny zabieg, który jednak też okazał się nieskuteczny.
Ewa Derkowska-Rybicka
Bractwo Toruńskich Belenistów
Fot. Św. Franciszek – pierwszy stygmatyk




