POZNAJMY ŚW. FRANCISZKA
Cz. 7. Ku świętości
Franciszek, choć żył bardziej niż skromnie, nieustannie modlił się, pościł i umartwiał; pragnął jeszcze bardziej zbliżyć się do Chrystusa poprzez daninę krwi w obronie wiary. Zapragnął walczyć w Ziemi Świętej i przyłączyć się do krucjaty dziecięcej, która właśnie wyruszała by odzyskać Jerozolimę dla chrześcijan. Usłyszał o słynnym rycerzu Wilhelmie z Anglii i wyruszył by się zaciągnąć pod jego komendę. Rycerz ów był człowiekiem gorliwym w wierze i sprawiedliwym i bardzo przypadł do serca Franciszkowi, tak, że po śmierci nawet spoczął blisko niego w krypcie grobowej. W Ankonie wsiadł na statek, ale wkrótce rozszalał się sztorm i statek został wyrzucony na wybrzeże dalmatyńskie. Pozostał powrót do domu, nie bez trudności, bo trzeba było zdobyć środki na opłacenie kosztów podróży. Opatrzność zesłała jakiegoś dobrego człowieka, który wyposażył Franciszka w jedzenie na czas wyprawy. Z tego co miał Franciszek żywił potem całą załogę i innych podróżnych, mnożąc pokarm w sposób cudowny.
Jeśli nie udało się walczyć z niewiernymi na wschodzie, to może powiedzie się wyprawa na zachód? W owym czasie znaczne tereny dzisiejszej Hiszpanii i północnej Afryki opanowane były przez Kalifat Kordobański, który rozciągał się aż po Saharę na południu Maroka. Franciszek wyruszył więc i przez Prowansję, południową Francję i północną Hiszpanię dotarł do Santiago de Compostela. Tam się jednak rozchorował i z najwyższym trudem musiał znowu powrócić do Asyżu.
Największą radość sprawiała mu kontemplacja Boga w samotności. Z tego czerpał siłę i moc. W pobliżu Asyżu, w lesie na górze Sabińskiej mnisi znaleźli piękny zakątek, pełen grot, jarów i samotnych ustroni. Pobudowali tam niewielki klasztor, z osobną celą dla Franciszka. Można było tu żyć blisko natury, robić spacery, podziwiać przyrodę i obserwować niebo. Bracia umartwiali się mieszkając w niewielkich grotach, które ledwie dawały schronienie od deszczu. Łożem była im skała, trochę liści i gałązek, a pod głowę podkładali kamień. Miejsce to zwie się Eremo delle Carceri i wraz ze znanymi nam już miejscami jak San Damiano, Rivotorto, Porcjunkula i sam Asyż znajduje się na szlaku św. Franciszka – Camino di Francesco.
Inne miejsce odosobnienia znalazł Franciszek w Toskanii. W swych wędrówkach głosił słowo Boże maluczkim i możnym. Przemawiał pewnego razu do znakomitego towarzystwa podczas wystawnej zabawy w Perugii. Był tam pewien szlachcic, hrabia Orlando de Chiusi, który pod wpływem słów Franciszka postanowił darować mu skrawek swych dóbr z górą La Verna. Sam go tam poprowadził, pokazał okolicę i oddał do dyspozycji mnichów. Miejsce to miało się po latach okazać scenerią niezwykłego znaku Bożego – toskańską Golgotą.
Franciszek przeżywał jednak ciągle rozterki duchowe – nie był pewien czy powinien skupić się na adoracji Pana i medytacji w odosobnieniu czy też dalej wędrować i ewangelizować. Modlitwa pozwalała mu zbliżyć się do Boga i wzbogacać swoją duszę, a kaznodziejstwo oznaczało wyjście do świata, do ludzi i ich problemów. Poprosił więc o radę w tej sprawie dwie osoby: brata Sylwestra, kapłana oraz siostrę Klarę. Oboje niezależnie powiedzieli mu, że Bóg posłał go nie tylko aby sam się uświęcał, lecz by poprowadził do nieba wiele dusz. Jego powołaniem jest ewangelizowanie i winien się poświęcić zbawianiu ludzi. Przeto podjął Franciszek na nowo wędrówkę i nauczanie o pokoju Bożym, miłosierdziu, życiu we wstrzemięźliwości, prostocie i ubóstwie. Podobnie jak Jezus po Galilei, chodził Franciszek po Umbrii, Toskanii i całej Italii (od Wenecji po Bari), a wszędzie poprzedzały go szacunek i opinia świętości, zwłaszcza, że mocą Ducha Świętego dokonywał licznych cudów – uzdrawiał chorych, zamieniał wodę w wino, rozmnażał pokarm i wskrzeszał umarłych. Potrafił zgłębiać tajemnice ludzkich serc i czytać w cudzych myślach, a nawet przewidzieć czas śmierci osoby, z którą rozmawiał. Przewidział też wybór biskupa Ostii Hugolina na papieża. Pewnego razu, gdy św. Antoni wygłaszał kazanie w Arles we Francji, Franciszek ukazał się tam zebranym unosząc się w powietrzu z rozłożonymi ramionami, jakby ukrzyżowany. Umiał też nawiązywać niezwykłą więź ze zwierzętami, które chętnie do niego lgnęły. Nazywał je wszystkie „braćmi”. Gdy pewnego dnia jaskółki zakłócały jego mowę do ludu, przemówił do nich i prosząc o chwilę ciszy, a po zakończeniu kazania pozwolił im ponownie latać i kwilić.
Do najważniejszych świąt przygotowywał się Franciszek w skupieniu i odosobnieniu. Modlił się wówczas całym sobą, płakał i lamentował nad Męką Pańską. Stawał się modlitwą, nieświadomy spraw otaczającego go świata. Pewnego roku spędził Wielki Post na jednej z wysp wielkiego jeziora Trasimeno, dokąd zawiózł go przyjaciel. Zabrał ze sobą jedynie dwa bochenki chleba. Gdy przyjaciel po niego przypłynął po 40 dniach okazało się, że jeden z chlebów pozostał nienaruszony. Tak Franciszek we wszystkim naśladował Pana, ale w swej pokorze pokazał też słabość swojego człowieczeństwa zjadając ten jeden chleb.
Ewa Derkowska-Rybicka, Bractwo Toruńskich Belenistów





